Najodważniejsza decyzja w moim życiu
Do dziś zadziwia mnie fakt, że odważyłam się spakować w jedną walizkę (dość sporą, to fakt) i w środku tych pandemicznych zawirowań wyjechać do Francji, do całkowicie obcych ludzi i spędzić z nimi trzy miesiące mojego życia. Ale od początku…
Konto na stronie Au pair założyłam trochę z nudów, trochę z ciekawości — raczej nie miałam w planach naprawdę z niego skorzystać. Okazało się jednak, że mój profil jest widoczny i dość często odwiedzany przez różne rodziny. W większości przez Francuzów, bo zaznaczyłam, że chcę wyjechać, aby uczyć się francuskiego, ale pamiętam, że do mojej skrzynki trafiły też wiadomości z Holandii, Niemiec czy też Belgii.
Pierwsza rodzina, nad którą zaczęłam się poważniej zastanawiać, to była samotna mama dziewczynki w wieku pięciu lat, mieszkająca w małej miejscowości niedaleko Biarritz. Wymieniłyśmy kilka wiadomości. Nie pamiętam już dokładnie, w którym momencie urwała się nasza rozmowa, ale dzięki temu później dostałam kolejną wiadomość — od Eli z Kembs.
Ela, Polka, oraz jej mąż Mathias, Francuz, rodzice trójki dzieci, zaprosili mnie do swojego domu w uroczym miasteczku w Alzacji. Oczywiście, zanim zdecydowałam się na wyjazd, wymieniliśmy kilka wiadomości. Umówiliśmy się też na rozmowę online, przez messenger, aby móc się zobaczyć i poznać. Pamiętam ten stres i całą listę słówek i wyrażeń, które sobie przygotowałam. Były to wyrażenia bardzo proste, ale i tak ciągle miałam obawy, że powiem coś źle.
Je m’appelle Monika
J’ai dix-huit ans
J’habite à la campagne
Je voudrais être au pair parce que je veux améliorer mon français
Je peux arriver à partir de juin
Okazało się, że moje obawy były na wyrost, bo rozmawiałyśmy głównie po polsku. W moim przypadku bardzo łatwo było sprawdzić wiarygodność ich słów, bo byli właścicielami kempingu, którego stronę szybko mogłam znaleźć w internecie, na Facebooku oraz Bookingu. Ela miała też dużo zdjęć swoich dzieci na portalach społecznościowych. Od słowa do słowa, nadal trochę nie wierząc w moją własną decyzję, umówiliśmy się, że przyjadę do nich na trzy miesiące — od połowy czerwca do połowy września.
Nie ukrywam, że na decyzję wpłynął z pewnością fakt, że Ela była Polką. Jechałam więc ze świadomością, że w razie czego, zawsze będzie ktoś, kto mi pomoże i nawet jeśli nie dogadam się z jej mężem i dziećmi, ona będzie obok.
Aż do momentu, w którym na mój adres mailowy przyszedł PDF z biletem autobusowym do Miluzy, nie wierzyłam, że to naprawdę się wydarzy.
A jednak się wydarzyło. Jak zareagowali moi rodzice, znajomi, babcia? Mama była przerażona, babcia też, a tata powiedział „niech jedzie”. Tak, to taki dowód jego ojcowskiej miłości i wiary we mnie😁 Obawiali się najbardziej tego, że spotka mnie coś złego — porwanie i inne tego typu historie, które przedstawiają nam paradokumenty. Nie twierdzę, że ich obawy nie były słuszne, w końcu nigdy nic nie wiadomo. Dlatego rada dla przyszłych au pair — zawsze sprawdź, jak najbardziej to możliwe, czy ludzie, z którymi rozmawiasz, na pewno są tymi, za których się podają.
Czas po maturze minął bardzo szybko. Przed wyjazdem czekał mnie jeszcze test na obecność wirusa, a potem, zanim zdążyłam się obejrzeć, siedziałam już w autobusie do Francji. Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem, dlatego autobus wydawał się na pierwszy raz dobrą opcją. Podróż trwała bardzo długo, kilkanaście godzin, ale wypełniłam sobie ten czas ekscytacją i wyobrażeniami nadchodzących dni.
Przystanek Kembs
Autobus przekroczył niemiecko-francuską granicę i kiedy zobaczyłam przez okno pierwsze reklamy po francusku na billboardach przy drodze, dotarło do mnie, że naprawdę jestem we Francji. Miluza miała być pierwszym francuskim przystankiem, dlatego wiedziałam, że już niewiele dzieli mnie od spotkania z Mathiasem. To właśnie on czekał na mnie już od godziny na parkingu, bo nasz autobus miał opóźnienie.
Dosłownie chwila dzieliła mnie od tragedii. No dobra, przesadzam, ale mogło skończyć się to na pewno całą masą stresu i paniki. Mianowicie, autobus zatrzymał się na stacji benzynowej. Patrzyłam czy ludzie wysiadają i owszem, niektórzy wyszli z pojazdu, ale uznałam, że to przerwa na papierosa i rozprostowanie nóg. Siedziałam nadal na swoim miejscu i nagle usłyszałam głos kierowcy: Czy ktoś jeszcze wysiada w Miluzie? Podniosłam się nagle, w pośpiechu chwyciłam torbę podręczną i ruszyłam do wyjścia. Jak to możliwe, że nie powiedzieli (albo ja nie usłyszałam) nazwy przystanku? I dlaczego wysiadamy na stacji, pod dystrybutorem paliwa, która w ogóle nie wskazuje na to, że tutaj jest przystanek Miluza? A co gdybym nie wysiadła?
Ta sytuacja stała się anegdotą, która ciągnie się za mną do dzisiaj. Od tamtego momentu, co roku dostawałam wiadomość od Mathiasa N’oublie pas de descendre (Nie zapomnij wysiąść).
Z perspektywy czasu nie za bardzo pamiętam to nasze pierwsze spotkanie. Wszystko działo się dość szybko, przywitaliśmy się, wsiedliśmy do samochodu i pokonaliśmy dwadzieścia minut drogi do Kembs — miasteczka, w którym mieszkali. Na pewno trochę rozmawialiśmy po drodze, ale były to raczej tylko próby rozmowy. Pamiętam, że zapytałam, czy dzieci idą dziś do szkoły (i powtarzałam to zadanie w głowie kilka razy, zanim powiedziałam je na głos), ale dokładnego przebiegu tej drogi nie umiem sobie przypomnieć
Pokój, który dostałam, był pokojem najstarszego syna, ówczesnego ośmiolatka. Rozpakowałam się, nadal będąc w szoku, że jestem tam naprawdę. Pierwszy problem komunikacyjny pojawił się przy wpisywaniu hasła do wi-fi. Podczas mojej wcześniejszej nauki nie zdążyłam się dowiedzieć, że francuskie e, to w wymowie takie bardziej polskie y. Dlatego uporczywie wpisywałam y, zamiast e, kiedy Mathias podawał mi hasło.
Drugą niespodzianką było to, że kiedy Mathias zaproponował mi kawę, dostałam espresso, którego wcześniej nie piłam zbyt często. Z biegiem czasu „kawa polonais” albo „cappuccino” stały się kolejnym uśmiechem w moją stronę.
Porę obiadową przespałam, zmęczona długą podróżą i emocjami. Ela przywitała mnie bardzo ciepło i wtedy poczułam wdzięczność, że jednak jest ktoś, kto zrozumie mnie jako Polkę. Jak się później okazało, ona też kiedyś przeszła podobną drogę, sama była au pair w Niemczech, a po drodze wydarzyło się wiele innych rzeczy, które zaprowadziły ją do tego miejsca. W dużym skrócie, do dziś wspominam wiele rozmów, które odbyłyśmy na różne tematy i stała się poniekąd dla mnie inspiracją i wzorem w wielu aspektach mojego życia.
Pierwszy wieczór spędziłam razem z Elą i dziećmi. Zjedliśmy razem kolację, a później poszliśmy na spacer wzdłuż większego kanału. Kemping leżał między dwoma kanałami — mniejszym i większym.
Nie wspominałam wcześniej, że trójka dzieci to było dla mnie kolejne wyzwanie, któremu nie wiedziałam, czy podołam. Szukając rodziny, byłam nastawiona na opiekę nad jednym dzieckiem. Teraz sądzę, że nic lepszego nie mogło mnie spotkać, bo każde z nich jest zupełnie inne.
Ismael: ciekawy świata ośmiolatek, fan piłki nożnej, Roberta Lewandowskiego, Polski i książek, zwłaszcza tych o postaciach historycznych. Nieustępliwy negocjator w kwestii godziny powrotu do domu z podwórka, sprytny zagadywcz i specjalista od chowania parówek w wazonie albo pod stołem. Nie zliczę ile razy usłyszałam przy kolacji Je suis végétarien ( jestem wegetarianinem).
Meredith: rezolutna siedmiolatka z sercem na dłoni. Zawsze chętna do pomocy swoim braciom i koleżankom. Pełna energii, zdobywająca sukcesy i medale zawodniczka zespołu badmintona. Fanka wieczornych rozmów o życiu, szkole, chłopakach. Spędziłyśmy długie minuty na czytaniu bajek i serii książek Violetta. Un soir = un chapitre (jeden wieczór = jeden rozdział).
Aaron: wesoły czterolatek, największy fan dinozaurów, jakiego poznałam. Zagorzały przeciwnik noszenia rękawków w basenie (choć był to jedyny warunek, jaki musiał spełnić, żeby się kąpać). Wpatrzony w swojego starszego brata dzielnie walczył o to, aby wytrzymać na podwórku tak długo jak on, krzycząc o 22:00 je veux pas dormir (nie chcę iśc spać), choć oczy już dawno mu się zamykały…
I tak wpadłam w rytm codziennych rozmów (choć za pierwszym razem były to raczej tylko próby złożenia zdań), przygotowywania kolacji, czytania bajek na dobranoc i dłuuuuugich spacerów nad kanałem…
Pierwsze spotkania, zaskoczenie i załamania…
Pierwsze dni mijały szybko i naprawdę dużo się działo. Poznawanie nowych zwyczajów, na przykład tych dotyczących jedzenia poprzez podejście Francuzów do pracy, rozmowy i spędzania wolnego czasu. Mogłam przekonać się na własnej skórze, że obiad we Francji je się o 12:00, a przy większych spotkaniach lub imprezach, potrafi trwać nawet trzy godziny, jeśli włączyć w to sery, bagietki i deser!
Szybko się przekonałam, że francuski tryb jedzenia nie do końca mi pasuje. Co ciekawe kolacja we Francji to trochę taki drugi obiad. Ja, nauczona jedzenia kanapek, jajecznicy lub od czasu do czasu pizzy, bardzo się zdziwiłam, że Francuzi jedzą dania, które w Polsce są z reguły obiadowymi.
Nadal jednak największym wyzwaniem było odnalezienie się w rzeczywistości, gdzie z każdej strony otacza cię język obcy. To już nie było to samo co w domu, słuchanie francuskiej muzyki, oglądanie serialu z napisami czy lekcje francuskiego (w moim przypadku z Karoliną 😉). To było coś zupełnie innego. Telewizja po francusku, wszystkie wiadomości, gazety, etykiety na produktach, znaki drogowe, ludzie… Tak, przede wszystkim ludzie i ich akcent, styl wypowiedzi, ton głosu — każdy inny i całkowicie odmienny niż te, które można usłyszeć w maturalnych nagraniach.
Tutaj moja wiadomość do Karoliny, po pierwszych dwóch tygodniach mojego pobytu. Tak, to zdecydowanie prawda — we Francji przede wszystkim nauczyłam się ROZUMIEĆ.
To nie jest tak, że tylko wyjazd do Francji pozwoli nam w pełni nauczyć się francuskiego — wcale nie! Jednak zdałam sobie sprawę, jak ważne jest szukanie sposobów na poznawanie autentycznego języka. W Polsce będzie to trudniejsze, ale nadal możliwe. Internet pozwala nam oglądać choćby urywki francuskiej telewizji, słuchać radia, podcastów, a im bardziej różnorodnie, tym lepiej.
Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła, choć wydaje się to być oczywistym, był fakt, że Francuzi też popełniają błędy. Tak samo jak i my — Polacy, a w większości przypadków pewnie nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Myślę, że większość ludzi żyje w przeświadczeniu, że kiedy powie coś z błędem gramatycznym, źle wymówi jakieś słówko, to zostanie kompletnie niezrozumiany. Bzdura! Teraz łatwo mi mówić, ale uwierz, też byłam w tym miejscu. Jak się okazało, błędy gramatyczne wcale nie zaburzają komunikatu, naszym odbiorcą jest człowiek, tak samo myślący i czujący jak my, z umiejętnością domyślania.
Ile razy podczas swoich lekcji francuskiego słyszałeś, że po si nigdy nie można wrzucić trybu przypuszczającego lub czasu przyszłego? Okazało się, że z ust Francuza również można usłyszeć si j’aurais. A znasz słówko malgré (pomimo)? Po nim z reguły powinien iść jakiś rzeczownik, a nie que (że). Jednak okazuje się, że malgré que to nie jest nic dziwnego we Francji. Najmłodszy członek rodziny, Aaron, uparcie źle odmieniał czasownik faire (robić) do osoby vous (qu’est-ce vous faisez?). Poprawna wersja, to przecież vous faites.
To prawda, że z dziećmi rozmawiało mi się łatwiej, ponieważ wiedziałam, że one mnie nie oceniają. Jeśli czegoś nie rozumiały, po prostu pytały, a ja starałam się powtórzyć i koniec końców zawsze się dogadywaliśmy. Z dorosłymi było inaczej, czułam pewnego rodzaju obowiązek mówienia płynnie i gramatycznie poprawnie, żeby trochę udowodnić i sobie i im, że nie jestem tutaj przez przypadek. Nie obyło się jednak bez łez… Pierwszy moment zwątpienia i przebodźcowania nastąpił jakoś pod koniec lipca, kiedy przyjechało trochę więcej osób, aby świętować urodziny. Między innymi przyjechali dziadkowie, do których miałam lecieć z dziećmi w sierpniu na kilka dni wakacji. Pamiętam wtedy jedno pytanie, które mi zadano — czy wolę mięso dobrze wysmażone, czy krwiste. Zrozumiałam, ale nie potrafiłam odpowiedzieć, chociaż bardzo się starałam. Po cichu wycofałam się do swojego pokoju i tam zaczęłam płakać. Pomogła mi wtedy rozmowa z Elą, która powiedziała mi, że czuła się na początku dokładnie tak samo. Nie mówiła po francusku, a tu nagle wszyscy do niej mówili w swoim języku i choć mieli dobre intencje, ona czuła się tym przytłoczona. Zupełnie tak jak ja. Przetrwałam to jednak i z każdym kolejnym dniem było już lepiej.
Miasteczko nad Loarą
Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem, dlatego też jadąc do Francji, zdecydowałam się na autobus. Mój pierwszy raz w powietrzu miał jednak przyjść szybciej, niż się spodziewałam, bo okazało się, że pojedziemy (a raczej właśnie polecimy!) na kilka dni do dziadków mojej trójki, gdzie poznam również pozostałą część rodziny, czyli kuzynki Ismaela, Meredith i Aarona. Bardziej niż sam lot przerażała mnie procedura lotniskowa, a raczej fakt, że wszystko odbędzie się po francusku. Nie było jednak tak strasznie!
Nasz samolot startował w Strasbourgu. Do dziś pamiętam to uczucie, kiedy wznosiliśmy się w powietrze. Coś niesamowitego! Wylądowaliśmy w Nantes, a ostatnie półtorej godziny drogi do miasteczka Saint-Jean-de-Mauvrets, niedaleko Loary, pokonaliśmy samochodem. Na miejscu czekał na nas dom z widokiem na pola winogronowe i piękny zachód słońca. Pierwszy raz siedziałam wtedy przy stole z samymi Francuzami, którzy nie rozumieją niczego po polsku poza dzień dobry i dobranoc. Nie było Eli, która mogłaby mnie wesprzeć choćby spojrzeniem. Miałam spędzić tutaj kolejnych 10 dni. Pierwsze dwa dni były trudne, bolała mnie głowa (musiałam zdobyć się na wyżyny moich językowych umiejętności, żeby poprosić o tabletkę) i musiałam odnaleźć się w tym nowym otoczeniu. Później jednak było już tylko lepiej i przyjemniej.
Miałam okazję zobaczyć zupełnie inną Francję — inną architekturę, nieco inne jedzenie i typowo francuski styl bycia. To były również wakacje dla mnie, nie tylko dla dzieci. Rozmawiałam z rodowitymi Francuzami, piłam regionalne wino i słuchałam historii z ich młodości.
Miasteczko bardzo mnie urzekło, tak samo jak cała Dolina Loary. Charakterystyczny mur w całym mieście, kamienne budynki oraz błękitne okiennice. Wszystko tworzyło zupełnie inny klimat niż ten w Alzacji. Czy lepszy? Sama nie wiem. To właśnie kolejna rzecz, która zachwyciła mnie we Francji. Każdy region jest inny, ma coś niepowtarzalnego.
Prawdziwą atmosferę budują jednak ludzie. Słysząc piosenkę „La goffa lolita”, którą słuchaliśmy każdego dnia przed obiadem, już zawsze będę miała przed oczami obraz Saint-Jean-de-Mauvrets.
Francja na talerzu
Sierpniowe wieczory były zawsze pełne pięknych zachodów słońca. Moja rodzina, u której byłam, prowadziła kemping i małą restaurację, dlatego zawsze wokół było dużo ludzi. Niektórzy stali bywalcy już mnie poznawali i zawsze wesoło uśmiechali się, pytając, czy u mnie ça va (wszystko dobrze).
Oprócz spacerów, rowerowych wycieczek, inspirujących rozmów i otaczania się francuskim z każdej strony, nie obyło się bez spróbowania typowych, tradycyjnych potraw. Żaby, ślimaki, małże, ośmiornice, ostrygi… Nic mnie nie ominęło!
Alzacka specjalność, którą bardzo lubię i często sama robię w domu (choć oczywiście to nie to samo), to tarte flambée, czyli dosłownie płonąca tarta. To bardzo cienkie ciasto, posmarowane kremem z kwaśnej śmietany z przyprawami. W tradycyjnej wersji z serem Munster, cebulą i boczkiem. Pycha!
Oczywiście nie mogę zapomnieć o królowej francuskiego stołu, czyli bagietce. Mogłabym jeść ją codziennie, nawet na sucho. I choć uwielbiam polski chleb i chwilami bardzo mi go brakowało, bagietka francuska ma w moim sercu specjalne miejsce.
Lubię wracać…
Tak się złożyło, że wracałam do Kembs każdego roku. Wyjazd, który miał być tylko jednorazową przygodą, stał się rutyną na kolejne cztery lata, a ludzie, których miałam poznać i nigdy więcej nie spotkać, moją drugą rodziną. Od tamtego czasu każde lato spędzałam we Francji, spacerując nad kanałem i oglądając przepływające po nim statki, jeżdżąc na rowerze ścieżką wzdłuż pól słoneczników, bawiąc się z dziećmi w qui suis-je? (kim jestem?), czytając książki i rozmawiając z ludźmi, którzy stali się dla mnie inspiracją i początkiem mojej zawodowej i życiowej drogi.
Część mojego serca już na zawsze zostanie w Kembs. Za każdym razem jak wsiadam do samolotu, w momencie startu mimowolnie się uśmiecham. Towarzyszy mi to uczucie zawsze, kiedy ląduję we Francji, na lotnisku Basel-Mulhouse-Freiburg, ale też w Polsce, na lotnisku Chopina. Czuję się wtedy tak, jakbym zamykała za sobą drzwi do jednego świata, wiedząc, że za chwilę, wraz z lądowaniem, otworzę kolejne, do drugiej części mojego życia.
Monika
PS. TUTAJ znajdziesz część pierwszą wpisu! 🙂

Piękne!